kierowniczka blog

Twój nowy blog

Starzeję się. Mam już 140980 godzin, w krzyżu mnie łupie, energia już nie ta co kiedyś. Ach to były czasy! Pamiętam to, jak dziś. A to było wczoraj. Wczoraj też byłam za bardzo zmęczona żeby cokolwiek napisać. W ramach ćwiczenia silnej woli postanowiłam nie korzystać z neta wieczorem. Uczyniłam za to duże postępy w doprowadzaniu mojego pokoiku do stanu użytkowania. Jest już PRAWIE posprzątane.
Padam na twarz! Dosłownie. Ręce opadają na poziom piwnicy. Przynajmniej pokój wygląda jako tako. Co prawda było kilka pozytywnych aspektów dzisiejszego dnia. Na przykład nie musiałam słuchać Wrzeszczącego Wieśka, bo nowy plan lekcji nie przewiduje polonistycznych katuszy w piątki. Nawet religia okazała się znośna, bo Ciastek siędział z tyłu i obserwował praktykanta, który nie pytał i był tak uprzejmy, że aż sprawdziliśmy sobie po kolei zadanie domowe.
Dowiedziałam się dziś, że mam swojego zmyśonego przyjaciele. Tylko ja go mogę zobaczyć i nawet z nim rozmawiam. Zach mnie uświadomił. Poczytalność nauczycieli powinna być sprawdzana zanim się ich wypuści do spragnionych wiedzy uczniów:)
Na informatyce za to zmarnowaliśmy masę makulatury na jakieś pierdoły, a i tak nikt nie wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Wena mnie dziś opuściła zupełnie i oczy mi się kleją.
Czas zacząć weekendowanie.

P.S. Starożytni górale nie mają dziś nic do powiedzen
ia

Nie. NIE. N-I-E.
Nie zaspałam dzisiaj (niech będzie, i tak zazwyczaj wstaję na czas).
Nie biegłam na przystanek (co jest ewenementem na skalę światową, ja zawsze jogginguję na przystanek, w międzyczasie próbując zapiąć torbę, zawiązać szalik, ominąć kundle, nie skręcić nogi i złapać oddech).
Nie zapomniałam długopisu, czym przyczyniłam się do mniejszego ubytku długopisowego tuszu w okolicznych szkolnych ławkach.
Nie ubrałam czapki i zmarzłam.
Nie kupiłam sobie nic do jedzenia i byłam głodna.
Nie dałam rady pomachać Muzyczce jak odjeżdżałą w starą, bystrą siną dal (to jej wina, nie popatrzyła się w moją stronę, mimo usilnych starań telepatycznego nawiązania kontaktu; być może przekaz utrudniała jej czapka, nie stara, lecz już bystra. Cóż przynajmniej mojej głowy nic nie zakłócało. Oprócz mrozu oczywiście. Rzecz jasna wydzwaniałam do niej, ale co tam, nawet nie było sygnału. Także i w tym wypadku podejrzewam zdradliwą czapkę-zakłócajkę).
Nie poszłam na zbiorowe wagary, które swoją drogą i tak się nie odbyły, bo oni nie mogą beze mnie żyć (och,ach!).
Nie zjechałam z góry na dół głupiego kreta, za co pluję sobie w twarz, brodę, czoło i krocze. Jej też powinnam napluć, kretowi znaczy. Jest chamska jak mój guzik od spodni, który odskakuje w najmniej odpowiednim momencie. Nie popisałam się, niestety. Ale jeszcze jej dokopiemy, aż jej te wszystki odrosty osiwieją!
Nie byłam pytana z historii, więc kamień z serca.
Nie kupili mi ciastka, a to wszystko przez moją rodzicielkę, która notabene swoje dostała. A teraz poszła do ciotki zanieść kremówki, w ramach niewiadomoczego. Co najlepsze – odwiedzają się może z 5 razy do roku, a mieszkamy płot w płot z rodzinką. Wujaszek oczywiście wpada dość często, a raczej prawie codziennie. Już nawet nie zwracam na niego uwagi.:) Ale tamte…. Oj, mają charakterki. Obydwie. Raz wióry lecą, raz miłość zapełnia niewyplewione ogródki. Z własnego doświadczenia mówię Wam: ploty zbliżają ludzi.
Nie nauczyłam się na sprawdzian, bo tematy były nudne jak Jęczący Misiek.
Nie dokończyłam uczyć się grać Ody do radości na wirtualnym keyboardzie.
Nie uwolniłam się dziś od Wrzeszczącego Wieśka, nawet na przedstawieniu musiał nam pokrzykiwać nad uchem. Nic nie dało to, że lekcja przepadła.
Nie idę jeszcze spać, choć bardzo bym chciała, ale może akurat kupili mi ciastko? To by było coś. Mówią, że nie mogę tyle jeść bo zgrubnę. A jak już zgrubnę, zostanę sumoteką. I nikt mi nie podskoczy!
Skonsumować ciastko – czas start!

P.S. Jak mawiali starożytni górale – kto lubi ciasteczka, z tego będzie beczka!
P.S.2. Życzcie mi jutro powodzenia. Przyda się :

Dziś znowu poleniuchowałam cały dzień. Kurczaki, postanowiłam sobie, że pójdę spać zaraz po ósmej. Jak widać klapa. W sumie to nic nowego, codziennie mam nowe postanowienia i nigdy nie mogę ich dotrzymać! To nie fair, moja silna wola kuleje i utyka.
Zaraz dziewiąta, a ja nawet jeszcze nie zdążyłam wziąć prysznica, nie wspominając już o nauce. Oczywiście przesiedziałam cały dzień czytając ksiażkę, oglądając seriale i siedząc na necie. Nawet dopisałam się do blogowego forum, gdzie zrobili mi pranie mózgu i przesłuchanie. Czuję się wyprana (w przeciwieństwie do mojej koszulki). No ale nie spisuję tej niedzieli na straty, wręcz przeciwnie, właśnie nauczyłam się czegoś nowego. Odpaliłam wirtualnego keyboarda na jakiejś stronie internetowej i doznałam weny. Do grania. Coś mi mówi, że zostanę wiejskim Mozartem. Nauczyłam się grać ‚Kurki trzy’ i częś ‚Ody do radości’! Jestem z siebie dumna! To było pracowite pół godziny.
A tymczasem wybywam pod strumień gorącej wody, nurkuję w zjawisku archaizacji języka i polskich dialektach, a potem zanurzam się w kołderkę!

P.S. Jutro czekają mnie rakiety śnieżne. To będzie pogrom. Jak mawiali starożytni górale: „Kto po śniegu chodzi, temu mróz zaszkodzi”. Branocki :)

Na wsi. No właśnie. Dziś nie miałam żądnego kontaktu z miastem, a raczej miasteczkiem, ściślej – zadupiem położonym w całkiem miłym regionie Polski. Nie jakimśtam wspaniałym, bo jednak halny daje wszystkim popalić. Kto tu był, ten wie, że z nim nie ma żartów. Nie dokonuje zniszczeń materialnych (nie licząc tłuczonych w furii talerzy), nie wyrywa drzew z korzeniami, nie zmiata krów, dach nad głową pozostaje, ale to co się dzieje na dzień lub dwa przed halnym można nazwać burzą mózgów i bezmózgów (o których już chyba wspominałam, a jeśli nie to na pewno kiedyś opowiem). Jednym słowem – wszyscydostająbiałejgorączki. Mężowie wrzeszczą na żony, żony „rozwodzą się” pięć razy na dzień, stolarze ucinają palce, pracodawcy tną pensje, baby w chałupach narzekają, maluchy nie chcą zapalić, traktory się psują, grabie łamią, sprzedawcy mylą, a muchy srają gdzie popadnie. Niektórzy, jak ja, już się do tego przyzwyczaili. Traktują takie rzeczy z dystansem i modlą się w duchu, żeby feralny wiatr nareszcie nadleciał ze szczytów i przystopował trochę tę masakrę siekierą i nożycami. Uprzykrza to trochę życie mózgowym miejscowym (bezmózgi do tej pory tego nie zrozumiały). Całe szczęście, że póki co mamy względny spokój. Aż do następnego podmuchu.
Skoro już zaczęłam wietrzny temat, to muszę przyznać, że dziś okropnie wiało. Było zimno i do kitu. Nie chciało mi się w ogóle wychodzić. Niestety musiałam i to trzy razy. Pierwszy: by ukrócić wrzaski mamy zdenerwowanej kłótnią z tatą  i przynieść jej mleko od sąsiadki, a raczej od jej krowy, która na pierwsze ma Malina, a na drugie Mućka (albo na odwrót. Drugi powód: prowadzenie oazy, czyli śpiewanie i zabawy z drażniącymi dzieciakami i księdzem proboszczem (po odprawieniu podopiecznych tradycyjnie: okoliczne ploteczki przy herbatce u sąsiadki). Trzeci powód: zapomniałam wziąć od sąsiadki prezentu walentynkowego – nie żebym zdążyła od wczoraj znaleźć przystojnego bruneta z niebieskimi oczami, po prostu upominek miał być dla taty, od mamy, bo nie zdążyła mu nic wcześniej kupić. A że ja jestem zawsze pod ręką i dziś robiłam za pocztę, tyle że walentynkową. Za skromne fundusze, które otrzymałam od mej rodzicielki (5 złotych) zakupiłam cukierki z miękkim rdzeniem (cokolwiek to oznacza) w cenie 3,80 zł. Oczywiście były zapakowane w jakieś badziewne tekturowe coś, co z przodu miało kształt serca. Cóż, grunt, że mama ochoczo zaaprobowała walentynkę i nie upomniała się o pozostałe 1,20, które oczywiście zdążyłam już wydać.
A tak z innej beczki: Dziś w nocy spałam ok. 9 godzin, a miałam wrażenie jakbym przespała conajmniej 12. Cały czas coś mi się śniło. Uwielbiam to! Sny. Są świetne, choć wolałabym, żeby niektóre się nigdy nie spełniły. A jednak strasznie mnie fascynują. I wciągają, bardziej niż książka czy film. Nie do podrobienia. Mogłabym śnić co noc, choćby to miały być głupoty (byle niegroźne). Sny są po prostu fajne. Dają możliwość poznania różnych sytuacji. Ja już byłam chyba w rzeczywistości wszystkich filmów i seriali. :) Płynęłam Titaniciem, zalewało mnie tsunami, biegałam po wyspie razem z Zagubionymi, byłam kimś w stylu Veronic Mars i wiele, wiele innych. Niech będzie, kończę już paplać o snach. Wracając do rzeczywistości: ADAM MAŁYSZ ZDOBYŁ SREBRO NA OPIMPIADZIE! A jeszcze parę konkursów przed nim. Trzymam za niego kciuki, po tylu latach nadal się trzyma. Wydawało mi się, że jego forma w tym sezonie była kiepska, a tu takie zaskoczenie. Wielki ukłon w stronę Ammana – znowu złoto na olimpiadzie. Niemalże fenomen. Chłopak jest naprawdę niezły. Zobaczymy co jeszcze z tego wszystkiego wyniknie. A olimpijskie podium jest dziwne. Niby oryginalne, ale i tak mi się nie podoba. Mogli zrobić trochę większe i bardziej wyróżniające się. O, ja bym to wszystko w ogóle inaczej urządziła. Niestety póki co, jedyne co urządzam to bałagan w moim pokoju Ale są postępy. Dziś na przykład starłam kurze, po stuletniej przerwie oczywiście.
Zauważyłam w pokoju wazon z pięknymi kremowo-białymi tulipanami. Nie wiedziałam nawet, że takie istnieją. Tata miewa czasem naprawdę ciekawe pomysły. Czy to na Walentynki, czy na przeprosiny? Lecę się dowiedzieć…

P.S. Ta sobota mimo wszystko całkiem mi się spodobała. W ogóle coś ostatnio wszystko tak fajnie mi się układa. Ciekawe na jak długo… Jak mawiali starożytni górale: „Wszystko się udo, kiedy znasz judo„.
P.S.2 Właśnie, może dlatego nie umiem tylu rzeczy!

Co się dziej na tym świecie, nawet ja nie potrafię tego zrozumieć. Dziś wyjątkowo przeżyłam, co nieczęsto się zdarza. Całe szczęście, że mam więcej żyć niż wszystkie koty i psy na całym świecie. PROTESTUJĘ przeciwko robienu sprawdzianów tuż po szkolnej dyskotece. Tak, tak – ja, samozwańcza Kierowniczka, byłam na szkolnej dyskotece i to nie była taka zwykła szkolna dyskoteka. To była szkolna dyskoteka o zabarwieniu walentynkowym z domieszką imienin u cioci oraz z subtelną nutką ogólnego rozbawienia. Ba! Nawet nie byłam sama! Miałam osobę towarzyszącą. Nie był to wysoki, przystojny, opalony brunet o niebieskich oczach. To był ktoś lepszy: średniego wzrostu, wychudzona, przecudnej urody Muzyczka (bynajmniej nie samozwańcza). Nie, nie jestem homo. Hetero jak najbardziej i w 101% (w 1% jestem zakonnicą, żyję w celibacie, nie przeklinam, nie piję, nie palę, nie nabijam się z ludzi, a już na pewno nie piszę bloga). Wracając do tematu: po co mi ten mój brunet na dyskotekę? Całkowice bezużyteczny. No bo taki brunet (do potomnych – nie zaczyna się zdania od „no bo”) nie ubierze spódnicy na szelkach, nie zdejmie tych szelek, nie będzie uciekał przed Gregiem, nie zmieni po 5 sekundach zdania, żeby potem po 20 znowu je zmienić i nie powzdycha do Ramba. Za to panna Muzyczka zapewnia te wszystkie atrakcje, dodatkowo łamiąc po drodze męskie serca w trakcie mutacji. A właśnie – zagadka dla mózgów : czy serca mutują? W związku z tym, że jestem mózgiem, a nawet całym ciałem i do tego Kierowniczką, no i po prostu lubię zagadki, to Wam drogie mózgi i bezmózgi powiem: moje serce chyba zmutowało. Co prawda było to dawno temu, kiedy jeszcze miałam tyłek bez cellulitu i megaśnego zeza, ale skutki widać do dziś. Jestem zołzowata i wredna, co mi jakoś szczególnie nie przeszkadza i zapewnia rozrywkę 17 godzin na dobę, bo resztę czasu przesypiam. Moja rodzina czas ten błogosławi. Dziś, uprawiając wredność jak co dzień, zrobiłyśmy sobei z Muzyczką jaja. Trochę na twardo, trochę na miękko, ani to omlet, ani to jajecznica, słowem takie jajeczne niewiadomoco. W związku z tym, że zbliża się Dzień Świra, zwany przez niektórych Dniem Ludzi Chyba Zakochanych, postanowiłyśmy całą swą zołzowatość skierować ku pewnemu pseudomężczyźnie o posturze Ramba, ustach Angeliny Jolie i urodzie zmutowanej ryjówki. Wydałam całe 5 złotych, słownie pięćset groszy, na krwistoczerwoną różę dla naszego wybranka. Drużyna Actimela miała ją dostarczyć z jakże wymowną adnotacją ‚od tajemniczych wielbicielek’. Należałoby w tym miejscu wspomnieć, że nasz przystojniak nie jest całkiem taki nasz. Otóż został on oficjalnie mianowany mężem panny Muzyczki, a ta walczy o niego jak lwica. Obiło mi się o uszy, że poczęła nawet parkę dzieci dzięki metodzie in vitro. Niestety szczegółów operacji „Zróbmy sobie małe Rambiątka’ nie znam. Na pocieszenie mogę napisać, że postaram się dowiedzieć, jak dokładnie to wyglądało. Rzecz jasna bez gorszących informacji intymnych. Te pozostawię dla siebie i dochowam aż do grobowej deski (a następnie je Wam opiszę). 
Ok, wiem, miało być o piatku. Dzień mogę zaliczyć do udanych, pomijając plamy kawy na mojej dopierocowypranej kurtce i konieczność zjedzenia wczorajszego pączka. Przeżyłam szybki, prosty i dziwny kurs korespondencji seryjnej (cokolwiek to jest), dowiedziałam się co to sklep, ale zapomniałam, nauczyłam się liczyć po góralsku, wypiłam całkiem niezłą kawę, a nawet przeżyłam całe dwie lekcje języka angielskiego, bez włączania grzejnika. Nie ma co narzekać.
A tymczasem idę zażyć piątkowego relaksu, a potem porządnie się wyspać.

Ahoj!

P.S. I jak mawiali starożytni górale: „Morele i wiśnie, a mnie w pęcherz ciśnie.”


  • RSS